Logo Przewdonik Katolicki

Ksiądz, który uczył

Monika Białkowska
Fot.

Na jego plebanii mieszkały kot i mysz. Codziennie w południe przychodził do kuchni, nalewał mleka do naczynia i wołał: Szary! Szara!. Kot wchodził, przeciągając się majestatycznie, a mysz wysuwała nos zza kredensu. Chwilę później oba zwierzaki piły zgodnie mleko z jednej miseczki.

Na jego plebanii mieszkały kot i mysz. Codziennie w południe przychodził do kuchni, nalewał mleka do naczynia i wołał: „Szary! – Szara!”. Kot wchodził, przeciągając się majestatycznie, a mysz wysuwała nos zza kredensu. Chwilę później oba zwierzaki piły zgodnie mleko z jednej miseczki.

 

Tak zapamiętał słupecką plebanię i jej proboszcza, ks. Franciszka Szczygłowskiego, Marian Jarecki, wtedy ośmiolatek. Ale nie tylko on zapamiętał: ks. Szczygłowski był w Słupcy postacią znaną. Wbił się w pamięć miejscowych nie tylko dzięki swemu późniejszemu męczeństwu, ale przede wszystkim dzięki życiu, którego nie sposób było nie zauważać. Bo jak nie zauważać wysokiego mężczyzny w czarnym płaszczu i białym kapeluszu, kroczącego godnie środkiem ulicy i zatrzymującego się na rozmowę z napotkanymi ludźmi? Czasem kapelusz był czarny, a płaszcz dla odmiany biały, czasem na głowie proboszcza widniała czapka maciejówka, a czasem szedł jeszcze z laską, bardziej dla ozdoby niż z konieczności. Miał przyjaciół, miał też wrogów. Ale mówią, że wrogów nie ma tylko ten, kto nic nie robi – a on robił bardzo dużo.

 

Do kapłaństwa

Franciszek Szczygłowski urodził się dokładnie 135 lat temu, 7 września 1876 r. w Noworadomsku (dziś: Radomsko). Jego rodzice, Jan i Julianna, byli ludźmi zamożnymi i pobożnymi. Mieszkali blisko kościoła, więc ich dzieci bez problemu mogły codziennie brać udział we Mszy św.

Franciszek uczył się najpierw w miejscowej szkole, potem w rządowym gimnazjum w Piotrkowie Trybunalskim, wreszcie wrócił do Radomska i pracował jako korepetytor. Kiedy mając 19 lat stracił ojca, podjął decyzję o wstąpieniu do seminarium duchownego we Włocławku i został księdzem. Jego pierwszą parafią był Wilczyn, później pracował w Grocholicach i Rosprzy. Przenoszony był często z miejsca na miejsce, bo aktywność młodego księdza bardzo się nie podobała carskim władzom. Na dłużej zatrzymał się w Służewie, niedaleko Aleksandrowa Kujawskiego, gdzie rozbudował kaplicę i doprowadził do jej konsekracji.

 

Aleksandrów

Od 1907 r. przez 13 lat pracował w Aleksandrowie Kujawskim. Kiedy tam trafił, Macierz Szkolna rozpoczynała właśnie budowę remizy strażackiej z salą zabaw, salą zebrań oraz czytelnią. Ks. Szczygłowski starał się, by w nowym budynku umieścić też szkołę. Kształcenie dzieci i młodzieży leżało mu bardzo na sercu i miało się stać głównym rysem całej jego działalności. Wiosną 1914 r. budynek miał już dwa piętra i był w stanie surowym, dalsze prace przerwała wojna. Budynek zajęli Niemcy, wykończyli go i urządzili w nim kasyno, ale ks. Szczygłowski uzyskał od nich kilka sal i zorganizował czteroklasową szkołę średnią, która dwa lata później liczyła już 260 uczniów.

Wiedział, że sam nie jest w stanie zapewnić szkole trwałości, dlatego w porozumieniu z kurią kujawsko-kaliską postanowił powierzyć jej prowadzenie Zgromadzeniu Salezjańskiemu. Pierwsi salezjanie przybyli do Aleksandrowa 13 sierpnia 1919 r.; założoną przez ks. Szczygłowskiego szkołę prowadzą do dziś. Rok po ich przybyciu ks. Szczygłowski, w uznaniu zasług, został przeniesiony na probostwo do Słupcy.

 

Słupeckie początki

Ci, którzy zobaczyli go w Słupcy jako pierwsi, wspominają, że był wysoki i przystojny, że często chodził w oficerskim mundurze i w koloratce. Rozpytywał ludzi o miasto, o dzieci, o pobożność rodzin, o cmentarz. Bywał surowy, ale też łatwo się rozpogadzał, miał duże poczucie humoru i bawił otoczenie anegdotami sypanymi jak z rękawa. Lubił nie tylko dobrze zjeść, ale i sam przyrządzał prawdziwe dzieła sztuki kulinarnej. Pilnował porządku w kościele i by żadna z dziewczynek nie miała na sobie bluzki z krótkim rękawem czy krótkiej spódniczki. Wiedział, że jest odpowiedzialny za wychowanie tych ludzi, którzy dopiero budzili się do polskości po latach carskiej niewoli. I pewnie dlatego również w Słupcy przede wszystkim zaczął myśleć o szkole.

Był to czas, kiedy szukano gospodarza, który umiałby zabezpieczyć przed dewastacją i odpowiednio zagospodarować pocysterskie zabudowania w Lądzie. Ks. Szczygłowski zaproponował, żeby powierzyć je salezjanom, z przeznaczeniem na zawodową szkołę rolniczą z działalnością rolno-pszczelarską. Kiedy w kwietniu 1921 r. pierwsi salezjanie przybyli do Lądu, ks. Szczygłowski wspierał ich nie tylko materialnie, ale też duchowo – jeździł do nich co tydzień, rozmawiając o ich planach i zamierzeniach.

 

Walka o szkołę

Ląd Lądem, ale przecież Słupca też potrzebowała szkoły! Planowano wybudować ją na „świńskim targowisku”, a proboszcz wszedł w skład Komitetu Budowy Gmachu Szkolnego. Aby jednak szkoła mogła powstać, trzeba było zlikwidować targowisko. I tu zaczęły się kłopoty proboszcza Szczygłowskiego, bo wielki opór stawili mu trzej miejscowi karczmarze, dla których likwidacja targu oznaczała bankructwo. Nie bawili się oni w dyplomatyczne rozmowy ani negocjacje, ale napisali pełen inwektyw list oskarżający Szczygłowskiego i – podpisany przez sześćdziesięciu stałych bywalców knajp – wysłali do biskupa do Włocławka. List wprawdzie opóźnił budowę szkoły, ale jej nie powstrzymał – choć karczmarze nieustannie starali się o dalsze psucie opinii księdza, zarzucając mu m.in. finansowe oszustwa i chciwość.

Ks. Szczygłowski żadnych pieniędzy sobie nie przywłaszczał, nawet nie chodził z tacą w kościele. Prosił za to, gdzie tylko mógł, o pieniądze dla szkoły. Wraz z komitetem organizował zabawy i licytacje, wydawał okolicznościowe znaczki, nawiązał kontakty z Polonią w Ameryce, zwracał się nawet o długoterminową pożyczkę do samego marszałka Piłsudskiego. Wreszcie się udało – w 1924 r. mogła rozpocząć się nauka w nowej szkole. Do budynku przeniesiono również seminarium nauczycielskie z Liskowa, a proboszcz rozpoczął starania o utworzenie kolejnej szkoły – tym razem handlowej.

 

Kurier z Lądu

Wojska hitlerowskie weszły do Słupcy 10 września 1939 r. Wcześniej proboszcz kazał ukryć ludziom chorągwie, ornaty i naczynia liturgiczne. Kiedy podczas niedzielnej Sumy dowiedział się, że Niemcy są w mieście, kazał ludziom wychodzić z kościoła powoli i małymi grupkami, i spokojnie, bocznymi uliczkami iść do domów, nie uciekać.

16 stycznia 1940 r. w mroźny i śnieżny wieczór na słupeckim rynku stanęły dwie szczelnie zamknięte ciężarówki. Wyskoczyli z niej Niemcy, udając się zaraz do restauracji przy rynku. Ktoś podsłuchał ich rozmowę i przybiegł z wiadomością do proboszcza: w ciężarówce był bp Michał Kozal, profesorowie i alumni, wiezieni do obozu przejściowego w Lądzie!

Ks. Szczygłowski natychmiast zaczął organizować dla nich pomoc: zbierał żywność, opony do zelowania butów, leki. Wszystko to regularnie zawoził do Lądu, stając się jednocześnie kurierem bp. Kozala, który przez niego przekazywał instrukcje do kurii i do rodziny.

 

Jak mogę inaczej?

Niemcy początkowo tolerowali pomoc ks. Szczygłowskiego, ale zbyt bardzo rzucała się ona w oczy, donosiciele coraz częściej zgłaszali ją do policji i żandarmerii. Do proboszcza przysłano więc niemieckich franciszkanów wypytujących o zamożność parafii. „Jak mogę nie posyłać pomocy, skoro tam są moi przyjaciele i sam biskup?” – pytał Szczygłowski. Ostatecznie rozmowa z franciszkanami skończyła się kłótnią o to, kto jest winnym wojny. Oczywiste było, że wkrótce zaczną się kłopoty. Wikariusz na polecenie ks. Szczygłowskiego uciekł. Proboszcz został, oświadczając, że to jest jego parafia i zostanie na posterunku. Aresztowano go 7 grudnia 1940 r. i przewieziono do więzienia w Koninie, a po siedmiu miesiącach do Gniezna. Tu umieszczono go w lochach więzienia przy kościele franciszkanów i poddano maltretowaniu – więźniów politycznych traktowano tu bardzo surowo. Ks. Szczygłowski zmarł 28 lipca 1941 r. Nie wiadomo, co było bezpośrednią przyczyną śmierci. Tortury? Głód? Czy wyczerpane serce nie wytrzymało noszenia ciężkich kamieni? Pamięć o nim przetrwała w Słupcy do dziś.

 

 

 

 Zachęcamy naszych Czytelników do dzielenia się ciekawymi historiami. Czekamy na materiały dotyczące księży lub innych ważnych dla lokalnego Kościoła postaci, zmarłych przed 1989 r. Materiały można przysyłać na adres bialkowska@diksw.pl lub: „Przewodnik Katolicki”, ul. Kolegiaty 5, 62–200 Gniezno. Zastrzegamy sobie prawo redakcji tekstów.

Komentarze

Zostaw wiadomość

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki