Logo Przewdonik Katolicki

Modlitwa z bakaliami

Joanna Mazur
Fot. Anna Nycz. Jola Szymańska, blogerka, vlogerka, dziennikarka.

O rozmowach z najlepszym Tatą, prawdzie mówionej prosto w oczy internetu i zaufaniu pomimo „ciemności” z Jolą Szymańską rozmawia Joanna Mazur


Zazwyczaj to Ty jesteś po tej drugiej stronie i to Ty zadajesz pytania. Jak się czujesz w tej nowej roli?
– Bardzo dobrze. Lubię nie mieć niczego pod kontrolą (śmiech).

Co dla Ciebie znaczą słowa „idźcie i głoście”? Jak je rozumiesz?
– Chcę swoim życiem, słowami i gestami głosić Miłość. Niekoniecznie tylko w internecie. Tam mówienie o wierze i miłości jest proste. Widzę się w ładnym kadrze, kontroluję sytuację i… jestem sama. Łatwo być pełnym miłości, gdy jest się samemu. Schody zaczynają się, kiedy spotykam drugiego człowieka. „Idźcie i głoście” to dla mnie wezwanie do pójścia z miłością tam, gdzie jest mi trudno i niewygodnie. Nie tylko na wygodną kanapę w moim pokoju.

Nie czujesz pokusy, by mówiąc do kamery, „grać” lepszą, niż jesteś w rzeczywistości?
– Cały czas! To naturalne, bo tak jak każdy chcę być akceptowana i tak jak każdy mam kompleksy i wielu rzeczy się wstydzę. Mam wrażenie, że często pokazuję lepszą stronę rzeczywistości, choćby tej duchowej, ale staram się też się mówić o problemach i pokazywać się bez makijażu (śmiech). Duża w tym zasługa mojego narzeczonego. Uczę się od niego naturalności, otwartości, szczerości. I widzę, jaką to daje wolność.

Czy mówienie wprost o kryzysie zamiast mówienia, że „wszystko jest świetnie”, może mieć dla innych większą wartość?
– Prawda zawsze jest wartością. Chyba że mówi się ją bez miłości. A o tym, że „wszystko jest świetnie”, usłyszymy w prawie każdym kościele i wspólnocie. Tam wszystkim „udaje się” bycie dobrym, pomaganie biednym, wybaczanie. Wszyscy wydają się idealni i mówią piękne rzeczy. A przecież życie każdego z nas to także masa żenujących porażek. Dopiero kiedy szczerze i otwarcie się do tego przyznamy, choćby przed sobą samym, wtedy otworzymy się na prawdę, a potem na pokój, wolność i miłość.

Czy masz taką granicę, której nie przekraczasz w mówieniu o sobie? Masz jakiś „złoty środek”?
– To trudne. Pisanie, tak samo jak życie, to ciągłe szukanie granic. Uczę się siebie, swojej wrażliwości, szanuję swoje emocje i szukam kompromisu. Całkowite „prześwietlenie” jest bardzo kuszące, ale niebezpieczne. I niezdrowe.
To też trochę pytanie o istotę świadectwa. To słowo zrobiło karierę jako tytuł filmów i tekstów o historii życia konkretnych chrześcijan. Zawsze z jasną pointą. Moje życie tak nie wygląda. Mówię o konkretnych sytuacjach i doświadczeniach. Świadectwo to moja codzienność, nie historia do opowiadania.

Dziś jesteś blogerką, vlogerką i dziennikarka... Jak to się stało, że pewnego dnia pomyślałaś „nagram filmik!” albo „napiszę tekst!”?
– Zawsze lubiłam pisać, w gimnazjum prowadziłam gazetkę szkolną i nagrywałam pierwsze filmy, ale nie traktowałam tego poważnie. Pierwszy tekst o wierze opublikowałam jako studentka na stronie Golgoty Młodych. Było mi wtedy trudno wyjść do ludzi i rozmawiać z nimi, a co dopiero opublikować cokolwiek w internecie, więc to był duży przełom. Największym sukcesem był dla mnie brak „hejtu”, bo spodziewałam się jednej wielkiej szydery.

Kiedy słyszysz słowo „misjonarz”, to odnosisz je jakoś do siebie?
– Biskup Grzegorz Ryś powiedział, że internet jest nowym kontynentem do zdobycia. Dla mnie misjonarz to duże słowo i kojarzy się z ludźmi, którzy oddają całe swoje życie, zdrowie i relacje innym. To radykalizm. Gdyby ktoś powiedział tak o mnie, potraktowałabym to jako wielki komplement.

W twoim blogu urzeka to, że mówisz o rzeczach codziennych i przyziemnych z duchową „otoczką”. Czy myślisz, że ktoś może spotkać Boga po obejrzeniu filmiku Czy katoliczka powinna malować się czerwoną szminką? 
– Ciągle się nad tym zastanawiam. Napisałam nawet felieton o tym, żeby nie szukać Boga w internecie. To jest bardzo dobre, że ludzie mówią o Bogu i się tego nie wstydzą, że mówi się głośno, że wiara jest „normalna”. Ale skoro wierzysz, to wyłącz komputer, otwórz Pismo Święte i zacznij się modlić. To jest sensowny cel – żeby ktoś wchodząc na mojego bloga, stwierdził: „Jakie życie z Bogiem jest fajne, też chcę zacząć z Nim żyć”. Katolicy to normalni ludzie o normalnym życiu i przeciętnych problemach. Przestańmy udawać, że jesteśmy oderwani od rzeczywistości, tacy „ą, ę”, latający ponad ziemią, bo to nieprawdziwe i strasznie naiwne. Mówiąc o czerwonej szmince czy pokazując moje „konsumpcyjne” zdobycze, staram się to trochę przełamywać.

Do kogo głównie kierujesz przesłanie swojego bloga?
– Do osób podobnych do mnie. Zmęczonych pompą i udawaniem, szukających treści, które pomogą im się wyluzować i odpuścić ciągłe myślenie o pozorach. Warto stanąć w prostocie i w prawdzie. I wybaczać. A jeśli sobie z czymś nie radzę, to powiedzieć wprost: „Mam problem, Boże weź mi pokaż, co mam zrobić, bo nerwowo nie wytrzymam”.

Czy masz wrażenie, że w filmikach mówisz sama dla siebie?
– Tak, sama też muszę sobie te treści odświeżać. Wracać na ziemię. Albo jeszcze raz uwierzyć, że to co robię, ma sens.

Tytuł Twojego bloga dla wielu może brzmieć enigmatycznie. Skąd nazwa „hipster katoliczka”?
– Ta nazwa ma długą etymologię (śmiech). Hipster – to ktoś kto prowadzi życie, którego inni mu zazdroszczą. Katoliczka – to ktoś, komu nikt nie zazdrości, wszystkim jest jej żal, bo jest purytańska, nieporadna i nieatrakcyjna. Chciałam zburzyć oba stereotypy, ale nie po to, żeby zmienić świat. Potrzebowałam przestrzeni, w której mogłabym być do końca sobą. Z jednej strony w „świeckich klimatach” czułam się dość dobrze, ale nie mogłam być swobodna w takich kwestiach jak podejście do związku i małżeństwa. Z drugiej strony w środowiskach katolickich musiałam udawać kogoś, kim nie jestem – ugrzecznioną dziewczynkę, która nie akceptuje sztuki współczesnej i nowej literatury. Byłam zmęczona tym, że nie mogę mówić normalnie, ale muszę „prawić pięknym językiem z należną godnością”. Oczywiście z czasem funkcja bloga w moim życiu się zmieniła.

Wspominałaś jednak, że rozważałaś zmianę nazwy bloga…
– Tak, chciałam zmienić nazwę na swoje imię i nazwisko. Może kiedyś to zrobię, bo jestem zmęczona tym, że..

…jesteś zaszufladkowana…?
– Tak. Oczekiwania wobec osób, które są „publicznie” chrześcijanami, są ogromne. Jeżeli przyznasz w mediach, że jesteś wierząca, poprzeczka momentalnie szybuje w górę.

Czyli powinnaś być święta i idealna?
…i wpisywać się w idealny stereotyp katoliczki.

Długi warkocz, długa spódnica, brak makijażu…
– Nawet nie, bardziej chodzi o sprawianie pozorów osoby nieomylnej, niepopełniającej błędów i niezadającej sobie pytań. Autorytetu i wzoru moralnego, którym nie chcę być, bo jedynym autorytetem jest Chrystus. I koniec! Część ludzi nie chce myśleć, woli otrzymywać odpowiedzi. Strasznie mnie to wkurza. Część publicystów i blogerów katolickich przyjmuje taką postawę, ja nigdy tego nie zrobię, bo szanuję moich czytelników i widzów. Chcę żyć pośród myślących osób.

Nie głosisz dogmatów
– Od tego jest papież. Ja mówię o moim doświadczeniu. Jestem wierząca, ale myślę i żyję w realnym świecie. I chcę być sobą – Jolą Szymańską.

Jak przygotowujesz się do nagrywania filmików? Przeznaczasz na to dużo czasu czy po prostu włączasz kamerkę „i jedziemy”?
– O tak, wychodzi bardzo spontanicznie. Spisuję sobie pomysły na filmiki w zeszycie. W dniu nagrania muszę sprzątnąć pokój, ubrać się, umalować, zrobić sobie dobrą kawę, zobaczyć się w kadrze i wypisać trzy, cztery punkty, o których chcę mówić. Potem zazwyczaj żałuję, że nie przygotowałam dokładniejszego planu.

A może przez to, że mówisz spontanicznie, nie przeszkadzasz za bardzo Panu Bogu w tym co On chce przez ciebie powiedzieć?
– Ciekawe podejście (śmiech). Chciałabym, żeby tak było. Czasem filmy lub teksty, w które ja sama nie wierzę, okazują się bardzo potrzebne. Tak było z tekstem o stereotypach, z jakimi borykają się katoliczki. Mój narzeczony żartuje, że wszystkie moje teksty i filmy są „beznadziejne” – do momentu publikacji (śmiech).

Bardzo spodobał mi się Twój filmik o modlitwie. Pokazujesz na nim Pismo Święte, różaniec i... bakalie. Nie ma tam klęcznika, świętego obrazka, świeczek. Czym modlitwa jest dla Ciebie?
– Modlitwa to rozmowa z Kimś dla mnie najbliższym. Ludzie mówią, że jeśli ktoś wychowywał się bez taty, będzie mu trudno nawiązać relację z Bogiem. Ja wychowałam się bez ojca i wydaje mi się, że jest mi łatwiej. Bóg wypełnił to miejsce w moim sercu. Patrzę na Niego, uczę się Go odkrywać. Nie chodzi o to, że On cały czas „poklepuje mnie po plecach” i mówi, że jestem „piękna i idealna”…

…ale w sumie dla Niego właśnie taka jesteś…
– To też prawda (śmiech). Ale to mądra miłość, która wymaga i prowadzi. Jezuici mówią, żeby zadbać o komfort w czasie modlitwy. Ja najczęściej modlę się na siedząco. Te bakalie wymyśliłam sobie sama. Zastanawiałam się co zrobić, żeby chciało mi się modlić?

Czyli stosujesz taką duchowo-apetyczną przynętę?
– Tak. Ale wiesz, kiedy chcę się spotkać z mamą po pracy, jestem głodna, zmęczona i mamy siedzieć w niefajnym miejscu, to po ludzku mi się nie chce. A gdy wiem, że spotkamy się na kawie z ciastkiem – to cała się cieszę, że wreszcie pogadamy. I tak też podchodzę do modlitwy. Bóg jest Osobą, z którą chce poznawać, z którą chcę żyć.

Wiele osób ma problemy z modlitwą. Popularnością cieszą się poradniki pt. „Jak się modlić skutecznie”. Jaka jest Twoja recepta na dobrą modlitwę?
– Myślę, że warto rozmawiać z Bogiem szczerze, „na luzie” i mówić Mu prawdę. Także tę trudną. Ale „skuteczność” to nie osiągnięcie naszego celu, ale wypełnienie celu Bożego. Poznamy go, poznając Jego. A Jego poznajemy czytając Biblię.

Czytając psalmy, znajdujemy w nich słowa skargi i pretensji do Boga. Czy masz też doświadczenie właśnie takiej modlitwy?
– Tak, przez kilka lat modliłam się w ten sposób. W totalnej beznadziei spotykałam Boga i to On dawał mi siłę. Mimo to, że widziałam tylko ciemność, On pokazywał mi małe rzeczy, na których mogłam się skupić i przetrwać. Teraz uśmiecham się, wspominając ten czas, bo najbardziej pamiętam Jego obecność, Jego „przytulenie”.

Kiedy patrzę na Ciebie, to trudno jest mi uwierzyć, że masz za sobą tak trudne chwile. Czy one miały duży wpływ na to, kim teraz jesteś i co robisz?
– Tak – one składają na to, kim jestem. Ale nie uważam, że cierpienie jest warunkiem szczęścia. Nie życzę tego nikomu. To ogromna trauma, z której trzeba się leczyć, powoli wychodzić.
Swoją drogą, zauważ, że kiedy ktoś mówi z przekonaniem o swojej wyższości i mądrości, zazwyczaj automatycznie przyjmujemy go jako doświadczony autorytet. A kiedy ktoś wychodzi do nas z sercem, to myślimy, że jest naiwny. To ciekawe, bo przecież Jezus taki był. Nie wykorzystywał swojej władzy do wpływania na ludzi i ich emocje. Dawał wolność, przestrzeń, przyjmował, koił. Ja na co dzień bywam zrzędliwa i humorzasta, ale jeśli chociaż czasem mogę dać komuś trochę dobra i ciepła, to wolę wyjść na głupka i to zrobić.

Na koniec chciałam zapytać o Twoją receptę na Wielki Post? Jak przeżywasz ten czas?
– Każdy Wielki Post różni się od siebie w zależności, co przeżywam i ile mam pracy. Nie mam uniwersalnej corocznej recepty. W zeszłym roku w Wielkim Poście wiele mediów chciało ze mną rozmawiać i byłam wykończona. Zabrzmi to okropnie, ale moje postanowienie na ten Wielki Post to udzielać mniej wywiadów (śmiech).
 


Jola Szymańska
Absolwentka prawa, mieszka w Krakowie. Autorka bloga i kanału YouTube „Hipster katoliczka”, zastępca redaktora naczelnego magazynu For Her.

Komentarze

Zostaw wiadomość

Przepisz poniższe liczby:
 Security code
----

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki